Tauron Najlepsza Muzyka

Zamykająca sezon Nowa Muzyka okazała się być najlepszym tegorocznym festiwalem letnim w kraju.

Najpierw, jeszcze na papierze, festiwal zachwycił składem. Później samymi koncertami. Znakomicie dostosowano do potrzeb teren tymczasowo wynajętej Doliny Trzech Stawów. Nie zanotowałem żadnych większych problemów technicznych bądź organizacyjnych. Z Katowic wyjeżdżałem więc niedowierzając, że możliwe było zobaczenie tylu dobrych i świeżych występów w tak krótkim czasie oraz w tak przyjemnych warunkach.



Przede wszystkim trzeba pochwalić organizatorów za oryginalną koncepcję dotyczącą przestrzeni. OFF przyzwyczaił do tego, że na środku znajduje się piwne getto, a po obu jego stronach ulokowane są sceny i namioty. Tauron postawił na eksperyment i wywrócił stary porządek, umieszczając dwa namioty oraz "scenę za szuwarem" w samej strefie gastronomicznej, odgradzając jedynie main stage. W efekcie dzięki małym odległościom między miejscami zrobiło się dużo przytulniej i choć park mocno uwydatniał niską frekwencje wydarzenia, było po prostu miło przynieść sobie leżak czy ławeczkę w pobliże sceny i odpocząć nie tracąc niczego z występów.

Problemy? Drobne. Brak obsługi kart z pay passem. Wkradające się do otwartego namiotu dźwięki z innych scen. Przerażająca momentami głośność występów - bez zatyczek nie było po co iść pod scenę. Ostatnie minuty kończącego festiwal Lucy'ego słyszałem nawet pod hotelowym prysznicem, co dopiero uświadomiło mi liczbę decybeli. Lekkie zgrzyty programowe - trzy największe gwiazdy, które mogłyby robić za headlinerów na innych festiwalach, grały tego samego dnia, powodując przekonanie, jakby drugiego dnia nic się nie działo (a działo i to nawet lepiej).

To wszystko jednak nieważne, bo napisać trzeba o kluczowej rzeczy - artystach, którzy wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Widziałem około dwudziestu występów. Nie podobał się tylko jeden. To się nie zdarza zbyt często. Organizatorzy nie tylko mieli nosa do absolutnych świeżaków na scenie czy też wykonawców, których mogliśmy zobaczyć po raz pierwszy - ściągnęli prawie samych ludzi u szczytu formy. Dodatkowo skład okazał się być bardzo spójny - mimo różnorodności przejawiającej się mieszanką house'u, techno, basu i hiphopu, wszystko (poza headlinerami pierwszego dnia) wydawało się do siebie pasować, pozwalając bez problemu odnaleźć się między występami a jednocześnie czuć się ukontentowanym szeroką ofertą. Ważnym również jest to, że cechujące festiwal określenie "nowa" jeszcze nigdy nie było tak trafne.

Fantastyczny set zagrali Sepalcure, którzy idealnie sprawdzili się w roli rozgrzewki, prezentując swój debiutancki album. Materiał mógłby trafić do Sevres jako wzorzec czerpiącego z wielu stylistyk future garage'u.

Zdecydowanie powyżej oczekiwań zaprezentowali się Gang Gang Dance. Na żywo jednak piosenkowe utwory z Eye Contact nabrały dużo bardziej psychodelicznego, rozjamowanego charakteru - tego właśnie brakowało wersjom studyjnym. Zawiodła tylko "Mindkilla", najbardziej porywająca na płycie - na koncercie zwyczajnie blada.

Zaraz po ich występie trzeba było biec na trance'owy show The Field. Axel Wilner występuje od paru lat z żywymi instrumentalistami, a to nadaje jego muzyce wyjątkowo ekstatycznego, radosnego charakteru, wyciskając z repetytywnych pętli absolutne maksimum.

Indie rockowym rodzynkiem i wydawałoby się, że niepotrzebną pomyłką w składzie był Beach House, ale zespół poradził sobie wyjątkowo godnie w otoczeniu elektroników. Wymarzony headliner OFF-a nie zgromadził sporej publiki, ale w takich kameralnych warunkach oglądało się go wyjątkowo nieźle - czyste, wierne płytom brzmienie, wspaniały wokal Victorii Legrand...

Było żal lecieć na set L-Visa 1990. Ten jednak zaprezentował fantastyczną selekcję, miksując przeboje swoich kolegów z wytwórni Night Slugs.

Następni w kolejce Fuck Buttons zahipnotyzowali kolorowym brzmieniem bajkowego noise'u. Trudno było powiedzieć kiedy minął ten występ - chciałem w połowie wyjść na Nguzunguzu, a nawet nie zauważyłem kiedy przesłuchałem całość transowych powtórzeń duetu. Na Nguzu dotarłem na kwadrans - prezentowali akurat wtedy ballroomy i rozmaite basowe mutacje, których próżno szukać na masowych plenerach.

Finisz to trzy świetne występy w namiocie klubowym. Każdy z innej bajki - najpierw balearyczny John Talabot, który zbiera dość podzielone opinie, ale kiedy grał hity - robił to naprawdę wyśmienicie. Scuba postawił na miękkie, swingujące techno. Rustie to z kolei piętnaście minut chaotycznego odsiewania publiki poszatkowanymi fragmentami granymi bez ładu i składu. Chwila przerwy jednak i jego występ zamienił się w wypełniony przebojami i bardzo spójny hiphopowy set mieszający trap z autorskimi produkcjami.

Drugi dzień wydawał się być mniej atrakcyjny, ale już pierwszy koncert zaprzeczył tej tezie. Bardzo dobry, eksperymentalny set w klimacie techno zaprezentował Morphosis. Rozciągnięty do dwóch godzin występ ani przez chwilę nie pozwolił się nudzić, choć namiot zupełnie się opróżnił. Cóż, nisza.

Mouse on Mars od ostatniego razu zmienili formułę - wprowadzili żywą perkusję, ale to chyba nie wyszło na plus. Najlepiej prezentowały się starsze kawałki, nowe jakoś nie miały tej siły rażenia, choć oczywiście poniżej wysokiego poziomu nie schodziły i marudzę tylko dlatego, że widziałem już dwa genialne występy tej formacji.

Najlepszy na całym festiwalu okazał się być set didżejski DJ Spinna. Legenda chicagowskiego juke'u miała przyjechać do Katowic w towarzystwie równie ważnej postaci - DJ Rashada, ale nawet samodzielnie występ wypadł rewelacyjnie. Szaleńcze tempo, obłędne remiksy (m.in. Jaya Z z Kanye Westem, Julio Bashmore'a, The Weeknd czy nawet Joeya Beltrama) - przetańczona bez wytchnienia godzina.

Początek setu Four Teta i Caribou wydawał się być ciekawy (muzyka afrykańska, "Yes I Know" z płyty Daphni), ale dostałem wiadomość, że obok legenda wytwórni Warp, The Black Dog, daje rewelacyjny koncert i zmiana miejsca była świetnym wyborem. Twarde, surowe techno zwieńczone przebojem LFO - jedna z największych niespodzianek Taurona i absolutna czołówka występów.

Najbardziej wyczekiwane występy dnia ulokowane były na końcu - najpierw The Gaslamp Killer zaserwował szalony zestaw kawałków, niby w klimacie hiphopowym, ale Lil Wayne'a kudłaty didżej miksował z The Beatles, a do tego wszystkiego dokładał 8-bitowe smaczki czy "Marsz Imperialny" Johna Williamsa.

Zaraz po nim TNGHT pokazali dlaczego ich kawałki były grane przez prawie wszystkich didżejów - potężne beaty, rzucający na kolana bas, absurdalnie taneczna motoryka, wagnerowskie intra i dzwony kościelne zamiast cowbella. Ogłuszająca moc trapu robi furorę w świecie muzyki klubowej. Właśnie dlatego.

Ostatni koncert to poranny popis Lucy'ego, który przez dwie godziny sięgał po najmroczniejsze dźwięki związane z nowym techno. Jak to na szefa takiej wytwórni jak Stroboscopic Artefacts zresztą przystało.

Trwa ładowanie komentarzy...