Najlepszy festiwal w historii?

Michael Gira (Swans) na Primaverze 2011
Michael Gira (Swans) na Primaverze 2011 fot. Eric Pamies
Primavera Sound podała program.

Otwierająca sezon letnich festiwali w Europie Primavera uznawana jest za jedną z czołowych imprez muzycznych. Mimo rozmachu i coraz bardziej komercyjnego charakteru, który sprawia, że program równa do bezpiecznego środka, można było zobaczyć na niej sporo artystów z interesujących nisz. Nie mówiąc o tym, że to wydarzenie wielce komfortowe, dzięki wspaniałemu Parc del Forum w niczym nieprzypominające organizowanych w późniejszych terminach kąpieli błotnych. O drugi taki wyjazd trudno.



Organizatorzy są w pełni świadomi zainteresowania i w tym roku postanowili podać wszystkich artystów jednocześnie, organizując z tej okazji eleganckie show o szumnej nazwie "La Gala". Wystawność jest zrozumiała. Kto wie, czy to nie ostatni taki tłusty rok. Festiwal oczywiście za rok na pewno się odbędzie, właśnie zdobył nowego sponsora, którym został Heineken. Tylko jak długo można sprzedawać ten sam line up? Ilu jeszcze artystów da się ściągnąć z emerytury?

Transmitowany na żywo event pozostawił mieszane uczucia. Lista artystów przyprawia o zawrót głowy, to praktycznie same gwiazdy. Brakuje jednak zróżnicowania, które czyniło poprzednie edycje wyjątkowymi. To chyba w tej chwili problem wszystkich festiwali, bo naprawdę trudno jest ściągnąć kogoś, kogo nie zobaczy się na innej imprezie, często blisko domu, ale Primavera zrezygnowała zupełnie ze swoich odcieni.

Zeszłoroczny eksperyment z metalem został chyba uznany za nieudany. W kwestii elektroniki poddano się zupełnie, oddając pole odbywającemu się dwa tygodnie później Sonarowi. Mało jest muzyki eksperymentalnej. Z pięciu dni święta muzyki alternatywnej zrobiła się totalna celebracja kolumny Best New Music na Pitchforku.



Mimo tego pewien jestem, że zobaczę dziesiątki świetnych koncertów. Z przyjemnością pójdę ponownie na mistyczne show Swans. Jak mógłbym narzekać na Nicka Cave'a? Dead Can Dance wystąpią w Auditori, najlepszej sali koncertowej, w jakiej miałem okazję gościć. Rarytasem będzie występ słynących z niesamowitej oprawy The Knife. Fuck Buttons i Jessie Ware rok temu grali tak dobrze, że szkoda byłoby ich opuścić. Oczywiście magnesem jest powracające My Bloody Valentine, na które przezorni mają już bilety na angielskie koncerty, ale ich "Holocaustu" nigdy mało. Miłą niespodzianką jest afrofunkowe Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou. Ciekawie będzie zobaczyć młodszą z sióstr Knowles, Solange. Zagadką jest, jak odnajdzie się w takim otoczeniu legendarny projekt industrialowy Nurse With Wound.

To tylko wierzchołek góry lodowej, bo przecież są jeszcze Disclosure, Four Tet, John Talabot, Caribou ze swoim nowym live'em jako Daphni, Neurosis, Death Grips, Tinariwen, Mulatu Astatke, Om, Killer Mike... I jakkolwiek nie jestem fanem Blur, Jesus and Mary Chain, Fiony Apple, Grizzly Bear czy Phoenix, a lata świetności Wu Tang Clanu są dawno za nami, sam ściągnąłbym ich na organizowaną przez siebie masową imprezę. Fani już zachwycają się na twitterze, tagując swoje wpisy #bestfestivalever.

Primavera Sound obywa się w barcelońskim Parc del Forum. Jej daty w tym roku przypadają na 22-26 maja. Pełen lineup dostępny jest na stronie wydarzenia. Karnety kosztują obecnie 160 euro.

Wybrane highlighty:





Trwa ładowanie komentarzy...